Mój brat zasłyszał gdzieś, że
ludzie biedni mają na ścianie plazmę, a ludzie bogaci – książki. Zgodnie z tą
maksymą – patrząc na moją ścianę - można stwierdzić, że jestem krezusem. Po
całym pokoju walają się książki (obok kubków z niedopitą kawą/herbatą i niezliczonej
ilości szminek i lakierów do paznokci). Kosmetyki to moja prymitywna namiętność
i wstydzę się jej oficjalnie, więc nie będę się nad tym rozwodzić tutaj.
Z mojej pasji do posiadania
książek wynikałoby, że nie jestem statystycznym Polakiem i czytam więcej niż
jedną książkę rocznie. Statystycznym Polakiem nie jestem z całą pewnością,
jednak nie sądzę, by było tak z powodu ilości PRZECZYTANYCH przeze mnie
książek.
Nie wiem, czy ktoś jeszcze
pamięta, ale dawno, dawno temu, za górami, za lasami zorganizowana grupa
pomysłowych dobromirów utworzyła w Polsce portal społecznościowy pod nazwą
„Nasza Klasa”. Nazwa chwytliwa, nie trąciła mychą, pachniała sentymentem.
Założenie było słuszne. Chodziło o to, by odnaleźć po latach kolegów i
koleżanki ze szkolnej ławy. Miałam
konto, korzystałam z niego namiętnie, gdy portalowi wychodziły pierwsze ząbki.
Rósł jednak szybko, zaczął źle się prowadzić i w fazie najbujniejszego rozkwitu
porzuciłam go. Matka Moja Rodzicielka, wabiona podszeptami koleżanek, obytych z
Internetem, założyła własne konto. I korzystała z portalu, jak bozia
przykazała. Korespondowała z koleżankami z okresu przed wyginięciem dinozaurów,
z kilkoma nawet umówiła się na spotkanie po latach. Radości była cała kupa.
Nie potrafię wyłapać tego
momentu, w którym z kupy radości pozostała sama kupa. Miejsce spotkań stało się
miejscem biesiady a la festyn w Cietrzewicach Dolnych, a ludzie zamienili się w
pokemony. Konta zakładano osobom, których - w owym czasie - największym
dokonaniem, była umiejętność samodzielnego korzystania z nocnika. Rodzice
wychodzili z założenia, że im wcześniej – tym lepiej. Poza tym znajomych, jak
butów i torebek, nigdy nie było za wiele. Powiedzenie „nie ilość, a jakość się
liczy” odeszło do lamusa. Dopuszczalna granica obciachu została przekroczona
tak wiele razy, że użytkownicy uodpornili się na wszystko, nie mając oporu
przed umieszczaniem zdjęć USG płodu, czy też fotek z wanny lub z pogrzebu.
Smak, przyzwoitość i prywatność miały taki sens jak miłość, wierność i
uczciwość małżeńska w burdelu. I trwała ta Sodoma i Gomora, aż zesłał Pan Fejsbuka.
Fejsbóg zstąpił z Ameryki i
nastała jasność. Ja przystałam. Ja, pragnąca zasmakować wyprzedaży prywatności
w zachodnim klimacie. Biało-niebieski dom dla nowoczesnych ludzi w
skomplikowanych związkach, stał się kultowym narzędziem wzajemnej inwigilacji.
Ale dziś, po kilku latach i Fejsbóg sprzaśniał. Nie na tyle jeszcze by zmienić kulturę
masową w masowy brak kultury. Na szczęście. Ale dziadzieje. Wdarły się już do
niego matki, szastające twarzami swych noworodków („Mam już dwa ząbki. Moja
córeczka Oliwka”), grupa turystyczna („Egipt 2010”, „Tunezja 2011”) i zakochani („Z moim
misiem. Kocham cię skarbie”). Po kilku latach znam tu już każdy kąt i nudzę
się. Zaglądam, jak do lodówki – otwieram, patrzę, zamykam. I status tylko zmieniam.
Z „wolna” na „coraz wolniejsza”.
Kocham Bukowskiego! Nie mam już cienia wątpliwości. Zawsze gdzieś pod skórą czułam, ze przypadniemy sobie do gustu. Jest on wszak taki, jakiego go sobie wyobrażałam. Nie daje mi spać po nocach, wszędzie gdzie się poruszy towarzyszy mu butelka whisky i mnóstwo lasek, młodych i ładnych, nierzadko i niegłupich. Stary alkoholik i dziwkarz zabiera mnie ze sobą w podróż po swoim życiu, pokazuje mi jaki jest słaby i zapijaczony, jak traci, raz po raz, trzeźwość (nie tylko umysłu). No i jest pisarzem. Bycie pisarzem, jak się okazuje podówczas nie jest zajęciem, aż tak mało dochodowym jak dziś. Dziś, by móc żyć z pisania trzeba produkować opasłe tomiska wypełnione tanią intrygą. Później warto ze szmatławca zrobić mega hit kinowy i już można odcinać kupony do końca świata. Napisać kolejną historię wedle poprzedniego schematu i można spokojnie funkcjonować jako PISARZ (Autor "Kodu da Vinci" powraca z nowym bestsellerem. Dan Brown - "Zaginiony symbol" - krzyczą do mnie nie raz napisy na sklepowych półkach). Szczerze uważam, że lepiej zainwestować wieczór w RedTube'a niż w Dana Browna. Ale oczywiście, co kto lubi.
Jestem zboczeńcem, jeśli idzie o literaturę i mam w tym zakresie spore odchylenia od polskiej normy. Uważam, że miast czytać byle co, lepiej nie czytać. Dla mnie argument "ale wciągająca jest" nie jest dobrym argumentem. Ruchome piaski też wciągają. Nie namawiam do lektury Przybyszewskiego, bo to faktycznie może być nie do strawienia dla większości, broń Boże nikogo nie nakłaniam do zaczytywania się w Leśmianie (poezja jest wszak stworzona po to utrudnić życie uczniom, kto normalny by to czytał dla przyjemności, kiedy i tak nie wiadomo o co autor miał na myśli). Od groma jest jednak klasyki, po którą warto sięgnąć, bo zwyczajnie wstyd jej nie znać, choćby bardzo elementarnie i może też po to, by nie stać się bohaterem takiego oto filmu:
Niedawno przyleciała do Polski Siostra i wybrałyśmy się na zakupy kosmetykowe. Kobieca słabość, która rujnuje moje finanse. Tym razem jednak, dzielnie omijałyśmy "kolorówkę" w Rossmanie, a w Inglocie udało nam się nic nie kupić. Niestety ten chwilowy przypływ zdrowego rozsądki szybko zakryłam kolejnymi zakupami, kiedy to w mojej kosmetyczce pojawił się kolejny tusz do rzęs i inne zbytki, ale to już inna historia. Kupiłyśmy z Ki kilka książek. Tak po raz kolejny wdałam się w uzależniającą relację z Henrym Chinaski'm, bohaterem powieści "Kobiety" (Tytuł jak najbardziej adekwatny do treści, co wbrew pozorom nie jest oczywistością. Tu Danowi Brownowi nie mogę nic zarzucić, u niego jak u Pana Prezesa jednej z wiodących - nie wiadomo czemu - partii politycznych wszystko jest oczywistą oczywistością.) Wcześniej towarzyszyłam mu w roznoszeniu listów, teraz obserwuję jego relacje z kobietami. Los Angeles, lata siedemdziesiąte, pisarz alkoholik, dziwkarz i dziwak, a wokół niego cała chmara napalonych babek. Głośne czytanie wierszy i przepijanie wódką z sokiem pomarańczowym. Seks, alkohol i poezja. Całkiem zgrzebnie. Fanów kryminalnych wciągaczy pewnie nie zadowoli, więc nie będę nikogo namawiać. Napisałam o tym, bo czuję dziką potrzebę powiedzenia światu " Hej ludziska! Ale tu jest zajebiście w tej książce, w ogóle się nie nudzę"! I tyle, idę się przewietrzyć.
Na koniec cytat z książki w tytule posta, adekwatny szalenie na czas szarży politycznych, zwanych potocznie kampanią. I kilka zdjęć starego pijusa, który słynął poza piciem, z pisania.
Różnica między demokracją a dyktaturą jest taka, że w demokracji najpierw się głosuje, a potem dostaje rozkazy. W dyktaturze nie marnuje się czasu na głosowanie.