Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lutego 2013

Nie czytaj, bo jeszcze będziesz inteligentny!



Mój brat zasłyszał gdzieś, że ludzie biedni mają na ścianie plazmę, a ludzie bogaci – książki. Zgodnie z tą maksymą – patrząc na moją ścianę - można stwierdzić, że jestem krezusem. Po całym pokoju walają się książki (obok kubków z niedopitą kawą/herbatą i niezliczonej ilości szminek i lakierów do paznokci). Kosmetyki to moja prymitywna namiętność i wstydzę się jej oficjalnie, więc nie będę się nad tym rozwodzić tutaj. 

Z mojej pasji do posiadania książek wynikałoby, że nie jestem statystycznym Polakiem i czytam więcej niż jedną książkę rocznie. Statystycznym Polakiem nie jestem z całą pewnością, jednak nie sądzę, by było tak z powodu ilości PRZECZYTANYCH przeze mnie książek.

niedziela, 27 stycznia 2013

Wstań pan, reklamówki mi się zmęczyły!


Miłość moja do autobusów jest jak małżeństwo z rozsądku. Jesteśmy ze sobą nie z powodu wzajemności, lecz tylko z uwagi na obopólną (względnie) korzyść. Ja płacę, on wiezie. Przez lata nawykłam do rozlicznych niewygód podróży. Spóźnienia, lekceważenie sygnału „przystanek na żądanie”, śmierdzący pasażerowie, a nawet ci, co to nie lubią siedzieć tyłem do kierunku jazdy, nie irytują mnie tak, jak pewien rodzaj pasażerów, tak zwane „stare baby”. Bynajmniej mam tu na myśli osoby w podeszłym wieku, czy schorowane, czy też tylko kobiety. Pasażerowie, o których mowa, dzielą się na dwie grupy: tych, którzy jeżdżą bez biletu, bo mogą i tych, którzy jeżdżą bez biletu, bo choć nie mogą to uważają, że mandaty dotyczą tylko młodzieży.

"Po świętym Mateuszu, zimno chodzić w kapeluszu". Źródło: ulubione FFR

niedziela, 6 stycznia 2013

Zmieniam status z "wolna" na "coraz wolniejsza"


Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, ale dawno, dawno temu, za górami, za lasami zorganizowana grupa pomysłowych dobromirów utworzyła w Polsce portal społecznościowy pod nazwą „Nasza Klasa”. Nazwa chwytliwa, nie trąciła mychą, pachniała sentymentem. Założenie było słuszne. Chodziło o to, by odnaleźć po latach kolegów i koleżanki ze szkolnej ławy.  Miałam konto, korzystałam z niego namiętnie, gdy portalowi wychodziły pierwsze ząbki. Rósł jednak szybko, zaczął źle się prowadzić i w fazie najbujniejszego rozkwitu porzuciłam go. Matka Moja Rodzicielka, wabiona podszeptami koleżanek, obytych z Internetem, założyła własne konto. I korzystała z portalu, jak bozia przykazała. Korespondowała z koleżankami z okresu przed wyginięciem dinozaurów, z kilkoma nawet umówiła się na spotkanie po latach. Radości była cała kupa.

Nie potrafię wyłapać tego momentu, w którym z kupy radości pozostała sama kupa. Miejsce spotkań stało się miejscem biesiady a la festyn w Cietrzewicach Dolnych, a ludzie zamienili się w pokemony. Konta zakładano osobom, których - w owym czasie - największym dokonaniem, była umiejętność samodzielnego korzystania z nocnika. Rodzice wychodzili z założenia, że im wcześniej – tym lepiej. Poza tym znajomych, jak butów i torebek, nigdy nie było za wiele. Powiedzenie „nie ilość, a jakość się liczy” odeszło do lamusa. Dopuszczalna granica obciachu została przekroczona tak wiele razy, że użytkownicy uodpornili się na wszystko, nie mając oporu przed umieszczaniem zdjęć USG płodu, czy też fotek z wanny lub z pogrzebu. Smak, przyzwoitość i prywatność miały taki sens jak miłość, wierność i uczciwość małżeńska w burdelu. I trwała ta Sodoma i Gomora, aż zesłał  Pan Fejsbuka.

Fejsbóg zstąpił z Ameryki i nastała jasność. Ja przystałam. Ja, pragnąca zasmakować wyprzedaży prywatności w zachodnim klimacie. Biało-niebieski dom dla nowoczesnych ludzi w skomplikowanych związkach, stał się kultowym narzędziem wzajemnej inwigilacji. Ale dziś, po kilku latach i Fejsbóg sprzaśniał. Nie na tyle jeszcze by zmienić kulturę masową w masowy brak kultury. Na szczęście. Ale dziadzieje. Wdarły się już do niego matki, szastające twarzami swych noworodków („Mam już dwa ząbki. Moja córeczka Oliwka”), grupa turystyczna („Egipt 2010”, „Tunezja 2011”) i zakochani („Z moim misiem. Kocham cię skarbie”). Po kilku latach znam tu już każdy kąt i nudzę się. Zaglądam, jak do lodówki – otwieram, patrzę, zamykam. I status tylko zmieniam. Z „wolna” na „coraz wolniejsza”. 

Najlepszy Fan Page na FB! źródło: Faszyn From Raszyn

piątek, 4 stycznia 2013

Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą

Tym razem będzie ckliwie i nawet nieco melodramatycznie, bo się zakochałam. Po raz kolejny zresztą i moich przyjaciół już to nie rusza. Znają mnie jednak i wiedzą, że te moje miłości to jest prawdziwa udręka i cierpienie dla otoczenia. Bo wszystkich katuję tą miłością. Nawet tych, co nie zasłużyli. Ani na miłość, ani na katorgę.

Dzieje się tak, dlatego, że pojąć nie mogę jak można było nie zauważyć i nie zakochać się w takiej wspaniałej osobie i co gorsza, to jak można w dalszym ciągu nie zapaść na miłość do niej, mimo moich, jakże merytorycznych, argumentów (np. Czy ty nie słyszysz, jaki on ma wspaniały brytyjski akcent, jaki ma głęboki głos/ wspaniałe włosy/jak się wygina do tyłu gdy solo gra/inne?). No i trudno. Z przykrością stwierdzam, że na żadne zmiany nie ma co liczyć! Teraz bardziej serio będzie. Moja nowa miłość gra na gitarce. Nie jest to Jimmy Page (który się wspaniale odchyla do tyłu, gdy gitara tryska solówki spod jego palców - takie manewry to tylko wirtuozi potrafią robić). 

Miły chłopiec, co skradł me serce nazywa się Noah Gundersen i nie ma, tak uwielbianego przeze mnie, brytyjskiego akcentu. Ma jednak talent. I nie wiem jeszcze czy to jest talent złodziejski, czy raczej zakaźny. Złodziejski, bo z pewnością kradnie serca i nie sądzę, że tylko nastolatek (w kwestii urodowej nie jest to górna półka), a zakaźny, bo kto lubi Neila Younga i Boba Dylana to. po przesłuchaniu Noah, będzie zainfekowany tą muzyką.
Jak to się mówi - moje życie się zmieniło, odkąd nauczyłam się robić screeny ;)

Na tego hipsterskiego młodzieńca z Seattle trafiłam przypadkiem, oglądając z pasją serial "Sons Of Anarchy". W jednym z odcinków (wstyd się przyznać, ale ja - fanka, nie pamiętam w którym, wykorzystana została piosenka "Family"). Szybko odnalazłam ją na jutubie i się okazało, że wykonawca nie pochodzi ze Skandynawii (o czym byłam przekonana, zupełnie nie wiadomo z jakiego powodu), ale jest - matko boska nieprzewidywalna - Amerykaninem.

No dobra, dość. Kogo to obchodzi. Ważne jest, że Gundersen robi muzykę, która nie pozwala mi się od niej oderwać. Bo surowe, akustyczne aranże w połączeniu z - często dość gorzkimi - tekstami i całkiem niezłym wokalem, są mieszanką wybuchową. No przynajmniej ja wybucham, ilekroć go słucham. A to płaczem, a to śmiechem, czasem złością, żalem. No wszystkim, czego nie mogę wydobyć i potrzebuję katalizotora. Za to właśnie kocham muzykę.
Wracając jeszcze do samego Noah, to warto dodać, że występuje z siostrą, Abby, która  podśpiewuje i przygrywa mu na skrzypeczkach. Jest to miłe dziewczę i coś tam śpiewać umie, na pewno świetnie gra, ale pasuje do klimatu jak ryba do roweru. Ten chłop powinien występować sam! Sam brzmi lepiej. I taki obrazek też wygląda lepiej: samotny chłopak z gitarą na scenie. Jak mówił, mój ulubiony, Ritchie Blackmore - ludzie na koncert przychodzą popatrzeć, bo posłuchać to se mogą z płyty. No przynajmniej, jeśli Gundersen oczekuje, że kiedyś na jego koncertach dziewczęta będą ściągać majtki przez głowę i rzucać na scenę (a z tego, co mówi wnioskuję, że oczekuje) to lepiej, żeby się te majtki nie zaczepiały o gryf skrzypiec jego młodszej siostry.







sobota, 27 sierpnia 2011

Dobrze o mężczyznach

"Nie zginiesz w tłumie póki jeszcze umiesz przystanąć, gdy zaśpiewa ptak" - usłyszałam niedawno od pewnego pana, z którym rozmawiałam, co ciekawe, o tym czy kolejny supermarket jest na naszej pięknej prowincji potrzebny. Teks piosenki Stana Borysa "To ziemia" miał być odpowiedzią na to, że dziś wszystko dzieje się szybko, ale dziać się musi. Taki czas. Jako miłośniczce literatury mi tak powiedział, jako polonistce.

Nie oznacza to jednak, że każdy musi się dać. Pan był świetny. Dawno już nie miałam tak wyśmienitego rozmówcy, spotkanego zupełnie przypadkiem. Pierwszy raz też ktoś na wieść o tym, że jestem z wykształcenia polonistką  zareagował z takim entuzjazmem. "Cudownie! - usłyszałam. "Cudownie, ja kochałem swoją polonistkę, bo nauczyła mnie kochać literaturę i język" - dodał. Jakkolwiek patetycznie brzmi to teraz, wtedy było fantastyczne. Może to nawet najlepsze, co usłyszałam podczas całego tego czasu, gdy tu jestem. Oczywiście wszystko dzięki Intermarche, które chcą wybudować ludziom pod oknami, a oni rzekomo protestują. Taką postawiliśmy tezę i trudno, choćby się waliło i paliło, trzeba było znaleźć tych protestujących. Pan nie protestował, bo (całkiem słusznie) uznał, że market powstanie, bo jest potrzebny, a ludzie zawsze boją się nowego. Posłuchałam też opowieści o Nowej Lewicy Amerykańskiej, która wymyśliła tak zwane "miasta - sypialnie", których mieszkańcy pracują zwykle w innym, nieodległym mieście. W tym przypadku był to Libiąż i Trzebinia, z racji na znajdujące się tam kopalnie. Tak było kiedyś, teraz się wiele zmieniło, ale niektórzy ludzie nie nadążają. Nie ich wina. Demokracja jest, mimo, że w naszym kraju jest upośledzona bardzo, oficjalnie jest i każdy może sobie swoje pretensje publicznie zgłaszać. Słuchałam tych opowieści z uwagą, nie tyle nawet z racji tego, że jestem gospodarczo-polityczno-ekonomiczno-historycznym debilem, co raczej z powodu absolutnej fascynacji mądrymi mężczyznami. Mądrzy mężczyźni zwykle są starzy. Za starzy niestety dla mnie. Miałam na studiach wykładowcę, nawet dwóch, którzy absolutnie uwodzili mnie swoim intelektem. Niemniej jednak - byli już nie pierwszej, ani nawet drugiej świeżości. Wszystko fajnie, ja rozumiem, ja posłucham, ja podziwiam, nauczę się, ale też młodego mięska potrzebuję. Bez oszustw. Mądrych panów wciąż mało, więc gdy na nich trafiam, chętnie na chwilę choć z nimi porozmawiam. Nie przyznałam się Panu, że Nowa Lewica Amerykańska działa na mnie jak afrodyzjak. Mills i Marcuse. Od razu przypomniała mi się filozofia w liceum. Wtedy też uczył mnie pewien mądry pan. Przy tym był bardzo młody. Na domiar złego był niestety bardzo przystojny. Całkiem w moim guście. Długowłosy rock'n'rollowiec w sztruksowych marynarkach, dzwonach i z gitarą na plecach. W czasach, gdy Gillan z Morrisonem byli moimi osobistymi bogami, taki gość robił szał w moim mózgu. I tak jak zawsze, po latach nadal jest przystojny, nadal jeszcze młody, ale już tą mądrością furory nie robi. Na mnie, przynajmniej. Muzykę jednak wciąż robi wyśmienitą.

Kurtka - autentyk po Tatusiu. Prawdopodobnie starsza ode mnie.
Chuć, chucią, a teraz czasy się zmieniły i poszłam, jak wspominałam w swoim pierwszym poście, w inny klimat. Z większą atrakcyjnością kredytową. No, ale to tak oficjalnie. A nieoficjalnie mam chyba gdzieś jeszcze jakieś dzwony w szafie...