No i jestem na drodze. Jestem na wszystkich drogach. Nie na raz, co nie oznacza, że nie mogę wykonywać nieskoordynowanych ruchów mających na celu maksymalne utrzymanie się na prawej stronie jezdni. Dobrze, że jeżdżę z Miśkiem.
Misiek- drugi od lewej, ja - z tamburynem na głowie. Look troszkę niecodzienny, ale my, dekadenci miewaliśmy czasem gorsze dni, takie można by powiedzieć "do dupy". Fot. Pan Borsuk
Misiek, mój kolega ze szkolnej ławy pilnuje żebyśmy siebie, ani innych nie zabili. Zacny to jest człowiek, pozwala mi balansować na granicy śmierci i tylko w skrajnie niebezpiecznych sytuacjach używa swoich pedałów i łapie za kierownicę. Nieczęsto. Raz na dwie - trzy minuty. Dziś po raz pierwszy zapoznałam się z techniką jazdy żabką lub kangurem. Każdy nieopierzony kierowca jest obeznany z tą techniką, kiedy puszcza się sprzęgło (magiczne dla mnie - słowo klucz, no afrodyzjak po prostu) i auto się dusi lub gwałtownie podskakuje. Nie będę opisywać tej techniki zbyt szczegółowo, gdyż zwyczajnie nie jestem jeszcze w stanie ogarnąć tego, dlaczego tak się dzieje. Miś jest złoty chłopak i nie traci zimnej krwi, nawet kiedy mu opowiadam jakieś moje życiowe historie, zamiast pilnować kierownicy, a przede wszystkim pedałów. Nie mam talentu sprawowania kontroli nad pedałami. Można powiedzieć, teoretycznie wiem co i kiedy przycisnąć, ale praktycznie nie wiem i nie przyciskam. Ciężko będzie z tym oszustwem. Widać po mnie niestety. Mimo, że próbuję zagadywać moich wybawców i towarzyszy jednocześnie. W sobotę znów wyjeżdżam na drogę, więc uwaga na "elki" w okolicach Libiąża i Chrzanowa!
Jako, że znalazłam zdjęcia klasowe kilka z nich zamieszczam. Ku uciesze gawiedzi. Byliśmy klasą normalną, tylko ludzi mieliśmy nienormalnych. Ja np. do tej klasy chodziłam.
Bojs in dres end Olcia. Chłopców betonuje oczywiście Beton.
Jestem chodzącą reklamą dobrodziejstw medycyny. Jest źle, weź pigułkę, a świat stanie się piękniejszy. Nie ma w tym krzty ironii. Sama gorycz, rzekłabym nawet. Pesymizm, zwany przez moją zacną mamunię, lenistwem, przygniata mnie, jakby powiedział mój kolega "przytwardza" mnie do ziemi. I taka zgnieciona idę przed siebie. Może idę za siebie, ale kto by się tam orientował w kierunkach, jak się jest kobietą, nadto "przytwardzoną" do gruntu.
Zapisałam się na prawo jazdy. Czuję się w obowiązku ostrzec zatem wszystkich kierowców, rowerzystów, motocyklistów, pchaczy/ciągaczy wózków ze złomem, pieszych, deskorolkarzy, rolkarzy i wrotkarzy, że MOŻE SIĘ TAK STAĆ, ŻE BĘDĘ JEŹDŹIĆ. Nie żebym nie kochała komunikacji miejskiej. Bardzo lubię. Szanuję, cenie i ogólnie czołem biję o wycieraczkę, szefa, a szczególnie wiceszefa naszej pipidowskiej komunikacji. Niestety, dla mnie tylko (wszyscy inni pasażerowie są zadowoleni, bo niby bilet droższy, ale autobus tak samo zapchany i śmierdzący, jak wcześniej, ludzie nie lubią za dużo nowego, a szefostwo wie, jak zrobić dobrze pasażerowi) po reformie ("tanio, wygodnie i wszystkim w każdą stronę świata") nie mam czym jeździć, a po przejściu na bezrobocie nie mam również za co.
Tato mój, jako że bardzo zacnym człowiekiem jest, zasponsorował mi prawo jazdy, kusząc mnie również wizją własnego samochodu.W przyszłości. Uprzednio jednak muszę zdać, a zanim to nastąpi będę jeździć z biednym instruktorem. Jestem całkiem dobra w oszukiwanki, więc może zaistnieć taka nawet sytuacja, że oszukam zarówno instruktora jak i egzaminatora, że "potrafię coś tam, coś tam"
i nie stwarzam zagrożenia dla siebie i innych pojazdów. Może zajść taka sytuacja, ale podejrzewam, że aż tak dobrze oszukiwać się nie nauczę... Gdyby jednak to nastąpiło to chciałam wszystkich ostrzec. Mogę się pojawić nie wiadomo skąd i zrobić dużo szkód, zarówno sobie jak i innym. Jeszcze nie wiem, jakim pojazdem będę brnąć w ciemną otchłań w przyszłości (bo teraz poruszać się będę pojazdem oznakowanym "niepełnosprytny kierowca jedzie", który po ulicach mknie ukryty pod pseudonimem "L") więc nie mogę nikogo ostrzec, ale zgłaszam problem już wcześniej, co by nikt nie był zaskoczony. Tyle na dziś. Ten wpis rozpoczyna cykl wpisów motoryzacyjnych (jechać albo nie jechać, oto jest pytanie) zatytułowany tajemniczo "Dziennik Kryptorajdowca" .
Prezentuję niniejszym Asię, gdyż chcę Wam nieco przybliżyć moją sylwetkę kierowcy, przyszłego (Boże, coś Polskę/ Klękajcie narody) kierowcę.
Garść zdjęć z ogródka. Oglądam romanse i czytam bluźniercze powieści Bukowskiego na przemian z Miłoszem czy Poświatowską. Obawiam się, że dziadziaję i starzeję się. Dobrze, że choć nie tyję. Jestem zakochana chyba. Niestety tak jak zwykle.
I Baczyński na koniec.
Gorzko pachną samotną jesienią te wieczory bez Ciebie umarłe, kiedy marzę zaplątany w jesień, kiedy serce mnie dławi pod gardłem. Kiedy liście żółtawym odblaskiem spełzną na dół na ściśnięte pięście, w mgłach daleko zagubiona radość, w mgłach daleko zagubione szczęście. Potem noce mnie ciszą umęczą, myśli spali błyskawicą drżenie, potem serce mi wydrze przymarłe jesień w wieczór spłakany wspomnieniem...
Kocham Bukowskiego! Nie mam już cienia wątpliwości. Zawsze gdzieś pod skórą czułam, ze przypadniemy sobie do gustu. Jest on wszak taki, jakiego go sobie wyobrażałam. Nie daje mi spać po nocach, wszędzie gdzie się poruszy towarzyszy mu butelka whisky i mnóstwo lasek, młodych i ładnych, nierzadko i niegłupich. Stary alkoholik i dziwkarz zabiera mnie ze sobą w podróż po swoim życiu, pokazuje mi jaki jest słaby i zapijaczony, jak traci, raz po raz, trzeźwość (nie tylko umysłu). No i jest pisarzem. Bycie pisarzem, jak się okazuje podówczas nie jest zajęciem, aż tak mało dochodowym jak dziś. Dziś, by móc żyć z pisania trzeba produkować opasłe tomiska wypełnione tanią intrygą. Później warto ze szmatławca zrobić mega hit kinowy i już można odcinać kupony do końca świata. Napisać kolejną historię wedle poprzedniego schematu i można spokojnie funkcjonować jako PISARZ (Autor "Kodu da Vinci" powraca z nowym bestsellerem. Dan Brown - "Zaginiony symbol" - krzyczą do mnie nie raz napisy na sklepowych półkach). Szczerze uważam, że lepiej zainwestować wieczór w RedTube'a niż w Dana Browna. Ale oczywiście, co kto lubi.
Jestem zboczeńcem, jeśli idzie o literaturę i mam w tym zakresie spore odchylenia od polskiej normy. Uważam, że miast czytać byle co, lepiej nie czytać. Dla mnie argument "ale wciągająca jest" nie jest dobrym argumentem. Ruchome piaski też wciągają. Nie namawiam do lektury Przybyszewskiego, bo to faktycznie może być nie do strawienia dla większości, broń Boże nikogo nie nakłaniam do zaczytywania się w Leśmianie (poezja jest wszak stworzona po to utrudnić życie uczniom, kto normalny by to czytał dla przyjemności, kiedy i tak nie wiadomo o co autor miał na myśli). Od groma jest jednak klasyki, po którą warto sięgnąć, bo zwyczajnie wstyd jej nie znać, choćby bardzo elementarnie i może też po to, by nie stać się bohaterem takiego oto filmu:
Niedawno przyleciała do Polski Siostra i wybrałyśmy się na zakupy kosmetykowe. Kobieca słabość, która rujnuje moje finanse. Tym razem jednak, dzielnie omijałyśmy "kolorówkę" w Rossmanie, a w Inglocie udało nam się nic nie kupić. Niestety ten chwilowy przypływ zdrowego rozsądki szybko zakryłam kolejnymi zakupami, kiedy to w mojej kosmetyczce pojawił się kolejny tusz do rzęs i inne zbytki, ale to już inna historia. Kupiłyśmy z Ki kilka książek. Tak po raz kolejny wdałam się w uzależniającą relację z Henrym Chinaski'm, bohaterem powieści "Kobiety" (Tytuł jak najbardziej adekwatny do treści, co wbrew pozorom nie jest oczywistością. Tu Danowi Brownowi nie mogę nic zarzucić, u niego jak u Pana Prezesa jednej z wiodących - nie wiadomo czemu - partii politycznych wszystko jest oczywistą oczywistością.) Wcześniej towarzyszyłam mu w roznoszeniu listów, teraz obserwuję jego relacje z kobietami. Los Angeles, lata siedemdziesiąte, pisarz alkoholik, dziwkarz i dziwak, a wokół niego cała chmara napalonych babek. Głośne czytanie wierszy i przepijanie wódką z sokiem pomarańczowym. Seks, alkohol i poezja. Całkiem zgrzebnie. Fanów kryminalnych wciągaczy pewnie nie zadowoli, więc nie będę nikogo namawiać. Napisałam o tym, bo czuję dziką potrzebę powiedzenia światu " Hej ludziska! Ale tu jest zajebiście w tej książce, w ogóle się nie nudzę"! I tyle, idę się przewietrzyć.
Na koniec cytat z książki w tytule posta, adekwatny szalenie na czas szarży politycznych, zwanych potocznie kampanią. I kilka zdjęć starego pijusa, który słynął poza piciem, z pisania.
Różnica między demokracją a dyktaturą jest taka, że w demokracji najpierw się głosuje, a potem dostaje rozkazy. W dyktaturze nie marnuje się czasu na głosowanie.
Dziś nie będzie ambitnie. I nieważne. Siostra przyjechała z największą możliwą dawką dobrej myśli do przekazania. Dostały mi się trzy kosmetyki z Biochemii Urody (zamiłowanie Ki do kosmetyków ekologicznych bywa nieraz i dla mnie dobre). Przy okazji kupiłam "Kobiety" Bukowskiego, gdyby nie ograniczony budżet (z racji bycia bezrobotną) kupiłabym wszystkie dostępne pozycje, które były w Empiku.
Od jutra poszukuję pracy. A dziś jeszcze wrzucam zdjęcia z wizyty na ulubionej Trzebińskiej ;)
Z zasady nie pijam na trzeźwo
lecz nawet zasady są zmienne
nie kalam się myślą zbereźną
z reguły nie sypiam bezsennie
nie piszę o ciężkich porankach
bo poukładane mam plany